Że moja walka z rakiem płuc nie skończy się moim zwycięstwem. Że muszę zmienić myślenie o tym, co ma znaczyć zwycięstwo. Że mogę być leczona tylko paliatywnie, a więc objawowo - żeby żyć możliwie długo i bezboleśnie w chorobie, która to moje życie zakończy. Że każdy rok mojej choroby mam traktować jak sukces. Że
Polubienia: 6.8K,Komentarze: 187.Film użytkownika Karolina Moja Walka z Rakiem (@karolinawalkazrakiem) na TikToku: „#dc #fakrak #foryou #fuckcancer #viral #rak”.original sound - becky.
Tańcząc nad przepaścią. Moja walka z rakiem • Książka ☝ Darmowa dostawa z Allegro Smart! • Najwięcej ofert w jednym miejscu • Radość zakupów ⭐ 100% bezpieczeństwa dla każdej transakcji • Kup Teraz!
Kochani moja koleżanka Karolina -Moja Walka z Rakiem Piersi oto nasza historia jak się poznałyśmy 😊 napisałam do Karoliny na jej Fanpage jak zdiagnozowano u mnie nowotwór złośliwy piersi i mama pokazała mi na Pudelku i mówi " Karolina z programu Kto poslubi mojego syna też ma raka piersi !"
. Nazywam się Patrycja Ruta. W wieku 26 lat zdiagnozowano u mnie zaawansowanego raka piersi. Dziś chcę Ci opowiedzieć swoją historię walki z nowotworem, chcę żebyś usłyszała to ode mnie: Jesteś wyjątkowa, Jesteś silna, Jesteś piękna, Walcz! © Patrycja Ruta Pamiętasz ten moment, kiedy usłyszałaś diagnozę, co wtedy działo się w twojej głowie? Chyba nigdy nie zapomnę tego dnia. W czasie kąpieli wyczułam w piesi guzka, był twardy, nie przemieszczał się. Około osiem miesięcy wcześniej urodziłam dziecko, byłam badana i nic nie wskazywało na to co sama wykryłam. Zgłosiłam się na USG – radiolog po wykonaniu badań, nic nie mówiąc skierowała mnie na konsultacje do onkologa, twierdząc, że należy szybko wyciąć zmianę. Bardzo się stresowałam, ale jeszcze wtedy nie podejrzewałam najgorszego. Tłumaczyłam sobie, że w końcu nie uświadomiła mi o co dokładnie chodzi, że jest tyle zmian, tyle rodzajów choroby, że nie wszystko musi być rakiem piersi. Szybkie działanie Na co dzień pracuję w przychodni, zgłosiłam się więc do swojej przełożonej, która skontaktowała mnie z onkologiem specjalizującym się w leczeniu nowotworów piersi. Po tej wizycie czułam już, że mogę spodziewać się najgorszego. Najpierw bez dodatkowych badań uprzedził a raczej zapytał, czy jestem gotowa na leczenie. Potem otrzymałam skierowanie do szpitala onkologicznego na pl. Hirszfelda we Wrocławiu. Tam po wykonaniu badań, okazało się, że mam raka piersi z przerzutami. Potwierdziło się przypuszczenie mojego pana doktora. Niby wiedziałam, że jest źle, ale ciągle myślałam, że to jednak zmiana do wycięcia, tymczasem świat zawalił mi się na głowę, przepłakałam kilka dni. Czy choroba wcześniej dawała jakieś objawy, opowiedz proszę przez jaką ścieżkę diagnostyczną przeszłaś? Nie miałam objawów, nic mnie nie bolało, nie odczuwałam żadnego dyskomfortu, czułam się normalnie. Mało tego, wszyscy mi powtarzali, że jako młoda mama mam za dużo energii, że raczej powinnam płakać do poduszki (uśmiech). Rola samobadania Zaraz po tym jak wyczułam guza w samobadaniu, wykonano mi USG. Później wszystko potoczyło się szybko w kolejności: wizyta u onkologa z wynikiem USG, badanie palpacyjne, wywiad, skierowanie do szpitala, tam kolejne USG, mammografia, biopsja gruboigłowa, RTG, badania krwi, a na końcu zanim podano mi chemię – badanie PET. Na charakter raka piersi ma wpływ wiele czynników, takich jak wiek, kwestie genetyczne oraz hormonalne. Zależy też od umiejscowienia, stadium i agresywności. Jaki zdiagnozowano u ciebie rodzaj i czy szybko podjęto leczenie? Przyczyny powstawania raka piersi są nadal nieznane. Ale rzeczywiście bierze się pod uwagę pewne czynniki. W młodym wieku ważne jest obciążenie genetyczne, a później ryzyko zachorowania wzrasta wraz z wiekiem, szczególnie po 50 W moim przypadku wyeliminowano czynnik genetyczny. Badania piersi miałam wykonywane raz w roku i nic nie wskazywało na to, że zachoruję w wieku 27 lat. Urodziłam dziecko, organizm powinien być zdolny do regeneracji, jednak w moim przypadku wahania hormonalne, duże stężenie hormonów w ciąży, spowodowały uruchomienie zegara. Rak piersi był agresywny, szybko rósł, przerzucił się na węzły chłonne. Rak hormonozależny HER2-ujemny Sklasyfikowano go jako rak hormonozależny HER2-ujemny. Według skali nowotworowej był średniozaawansowany, co stało się dla mnie pewnym pocieszeniem. Ważne stały się najbliższe 2-3 lata i walka, by nie doszło do dalekich przerzutów na wątrobę, płuca. Jak wyglądało zderzenie z odziałem onkologicznym, całym procesem leczenia? Szybko, wszystko trwało bardzo szybko. Mówię tak patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, jednak w tamtym momencie wydawało mi się, że wszystko się wlecze, że czas stanął w miejscu. Całe leczenie zajęło mi niespełna 12 miesięcy. Najpierw chemioterapia, potem leczenie chirurgiczne, radiografia. Jakie zastosowano na początku leczenie? Zaczęto od chemioterapii: 4 wlewy chemii czerwonej, 12 wlewów chemii białej. Miały zadziałać na guz poprzez jego zmniejszenie, aby oszczędzić pierś i węzły. Udało się, ale lekarze zasugerowali decyzję o mastektomii i wycięciu węzłów. Do czego byłam właściwie przygotowywana od samego początku. Po chemioterapii miałam jeszcze dwie operacje, później radioterapię przez 1,5 miesiąca – naświetlanie części klatki piersiowej, prawej piersi i węzłów chłonnych. © Patrycja Ruta Masz za sobą 5 miesięcy chemioterapii, 2 operacje, radioterapię – kobieta jest siłą, ale skąd czerpiesz tą super moc? Chyba z miłości do dziecka i do życia. Chciałbym żyć dalej, walczę, nie poddaję się. Mam 28 lat – to na pewno nie jest czas by umierać, ale cieszyć się życiem. Chciałbym pokazać dziecku cały świat, podróżować i czerpać z życia to co najpiękniejsze. Życie po raku Przyznajesz, że „rak Heniek”, bo tak go nazwałaś wiele ci zabrał. Nowotwór zabrał mi bardzo dużo, przede wszystkim nadzieję, że będę zdrowa/wyleczona. Człowiek po raku zawsze ma już z tyłu głowy obawę, że choroba może wrócić w każdej chwili. Lęk przed najgorszym pozostaje chyba na zawsze, a każdy, nawet najmniejszy ból, zaraz kojarzy nam się z przerzutami. Zabrał mi też kobiecość, włosy… wiem, może się wydawać, że to tylko włosy. Jednak nie znam kobiety, która stanęłaby przed lustrem, aby zgolić się na łyso i chodzić tak przez pół roku, czasami nawet dłużej. Jestem też po mastektomii, ale od początku miałam świadomość, że zdrowie jest najważniejsze. Dziś oglądając inne kobiety, widząc piękne ciała, włosy, biust – przede wszystkim równy, bez blizn i niedoskonałości – czyli tego wszystkiego co mam ja, w pewnym momencie łatwo stracić kontrolę i się załamać. To nie są łatwe emocje, nie każdy potrafi być tak silny, by sobie z nimi poradzić. Lęk i obawy Niestety dużo ludzi się ode mnie odwróciło. Nie wiem czy to przez lęk przed tym, że mogę umrzeć, czy dlatego, że nie wiedzieli jak się zachować. Choroba rzeczywiście zweryfikowała, kto jest moim prawdziwym przyjacielem, na kogo mogę liczyć. Osoby, które wydawały się nimi wcześniej odeszły, bez słowa, ale zostali inni. Ci, po których bym się nie spodziewała, których może nie doceniałam wcześniej. Jak dziś wygląda twoje leczenie uzupełniające? Przyjmuje codziennie leki, a zastrzyki co 28 dni. Tak będzie już chyba przez całe życie. Mam wywołaną sztucznie menopauzę, jestem pod stałą kontrolą badań krwi, USG, mammografii. Aktualnie jestem w badaniu klinicznym, które daje mi wiele, bo lek jest nierefundowany w Polsce. Koszt miesięcznej dawki to około 12 tys. złotych. Teraz mam do niego dostęp, ale co będzie za 2 lata tego nie wiem. Wiem za to, że w przeciwnym razie nie będzie mnie na niego stać. Walka o leczenie Tymczasem żyjemy z lękiem i świadomością, że inne kobiety na zachodzie Europy czy w USA są nim normalnie leczone i zabezpieczone. Dlaczego jest tak ważny? Bo poprawia jakość życia, zmniejsza prawdopodobieństwo przerzutów, co za tym idzie przedłuża życie. W zeszłym roku latem protestowałyśmy przed ministerstwem zdrowia o refundację dla wszystkich – bezskutecznie. Twój głos jest głosem wielu pacjentów. Co jest najtrudniejsze w walce z nowotworem? Chyba dostępność do najnowszego sprzętu, badań, ale przede wszystkim bezsilność w walce o możliwość leczenia, dostępnego innym kobietom na świecie. Bardzo rzadko wykonywane jest też badanie PET – diagnoza całego ciała. Tymczasem to dzięki niemu widać dokładnie, gdzie znajdują się komórki nowotworowe. Mi badanie to zostało wykonane, jednak w czasie całego procesu chemioterapii nie poznałam nikogo, kto miałby je zlecone. Prywatny koszt sięga kilku tysięcy złotych. Nie poddawaj się Co przekazałabyś innym kobietom? Nie poddawajcie się! Nieważne czy masz 20, 40 czy 60 lat. Każda z nas ma szansę, trzeba walczyć, myśleć pozytywnie. „Los daje nam tyle ile jesteśmy w stanie udźwignąć”. Może rak wybiera silne osoby, te które są w stanie temu sprostać, nigdy się tego nie dowiemy. Ale niech chęć życia dodaje nam sił do walki o szansę na normalne życie.
Mam na imię Iwona . Moja historia zaczeła się w 2013 roku kiedy okazało się mam raka szyjki macicy… co wtedy czułam ogromną rozpacz, ból, strach, żal rozrywałam moje serce. Lekarze zaproponowali operacje usuniecie wszystkiego tego co ja nazywam ” moja kobiecoscia” a nastepnie radioterapie i chemioterapie czyli leczenie skojarzone bardzo skuteczne to miało skutecznie rozprawic sie z rakiem. Poddałam sie wszystkiemu i udąło sie operacja sie powiodła i leczenie rowniez było ciezko ale dalam rade. Po jakimś czasie po skonczonym leczeniu pojawiły sie u mnie powikłania w postaci ropni pod jelitami jedynym sposobem byla kolejna operacja ktorej sie poddalam bylam słaba smutna ale pełna ufnosci i wiary. Doszlam do siebie i kolejny szok na badnaniach kontrolnych wykryto guza w przestrzeni zaotrzewnowej podejrzenie przezuty – nawrot choroby nic na tamta chwile nie moglo ukoic mojej rozpaczy… tylko wiara dawała mi siłe. Lekarze zapropaonowali kolejna operacje na ktorą sie zgodziłam byl to styczen 2014 roku mialam nadzieje ze sie uda , ze wytna guza i okaze sie ze to nie przezuty tak bardzp chciałam w to wierzyc. Lecz niestety gdy sie obudziłam nie czekaly na mnie zadne dobre informacje operacja była nie do wykonania czyli nowotwor byl nieoperacyjny. Nie potrafilam myslec, ból nie do zniesienia tak bardzo sie bałam lecz cos mi prowadziło jakis wewnetrzny głos mi podpowiadałm ze jest dla mnie nadzieja pamietam jak bardzo sie wtedy modlilam czytalam psalmy i Pismo Święte i wtedy stał sie przełom …pielegniarka widzać moja rozpacz , pewnie zdała sobie sprawe, ze tylko cud moze uratowac mi życie. Przyniosła mi książecze o Nowennie pompejąńskiej przeczytałam i zaczełam się modlic . Byłam słaba , zmiazdzona trudem mojego cierpienia lecz nie ustawałam odmawiałam cierpliwie Nowenne czulam ,że to ma sens , że nie jestem sama. Wyszłam ze szpitala siostra znalazła profesora ktory podjął sie kolejnej operacji zaledwie miesiac po poprzedniej. ja w tym czasie kazdego dnie nieustannie modlilam sie odmawialam kolejne dziesiatki rózanca swiętego do Nowenny przyłączyla sie moja siostra i mama zmawiałaysmy kazdego dnia. Czas przed operacja byl bardzo trudny guz uciskal nerwy bol byl nie do opisania lecz ja kazdego dnia wierzylam coraz bardziej ze sie uda ze bede zyć. Nadszedl dzien operacji pamietam go dokladnie z wiara i pokora poddalam sie wszystkiemu zaufałam Bogu I Matce Najświetszej, z różancem w ręku pojechałam na blok operacyjny … obudziłam sie jedyne słowa jakie powiedziałam to dziekuje Boże , że zyje, udało mi sie wypowiedziec słowa czy operacja sie udała _ pielegniarki powiedzialy, ze tak usuneli guza wstawili implant aorty, ze operacja była trudna i skomplikowana trwała 7 godz. lecz ja zyłam wiedzialam ,ze bede zyła. Operacja sie powiodla stał sie cud to co bylo nie mozliwe sie udalo . Rekonwalescencja po kolejnej operacji byla niebywale ciezka moj organizm byl słaby i wycieczony lecz ja pokornie każdego dnia porobowalam stawiac nowe kroki. Było mi naprwde ciezko ból straszny nie do wytrzymania ale ja sie nie poddawlam walczylam o kazdy dzien , nie ustawałam w modlitwie kazdego dnia odmawiałam noweenne bylo mi ciezko modlic sie na głos brakowalo mi sil lecz ja walczylam i zauwazylam ze ta modlitwa daje mi siły byłam mocniejsza kazdego dnia z Nowenny czerpałam moc! czułam , ze wyzdrowieje , czułam , ze doświadczam czegos pięknego . cieszylam sie , ze moge sie modlic , dziekowlam za nowenne. Minąl miesiac doszłam do siebie lekarze podjeli decyzje ,ze musze przejśc cięzką chemie zgodziłam sie przez poł roku dostalam poterzne dawki chemioterapii , lecz ja bylam dzielna w modlitiwe czulam ratunek , modlitwa dawala mi szcescie. Lecznie sie zakonczyło w miedzy czasie skonczyłam 3 Nowenny Pompejanskie części błagalnna, chwalebną i dziękczynna. mineło poł roku ja zyje czuje sie dobrze ciesze sie zyciem , kazdego dnia dziekuje za łaske jaka Matka Pompejańska mi wyswiadczyla wiem , ze jestem” Cudem” cudem Nowenny Pompejańskiej. Dziękuje Mateczko za zycie …. dziękuje za łaske uzdrowienia! StartŚwiadectwa o nowennie pompejańskiejIwona: moja walka z rakiem
Zdrowe zakupy - Zalecono mi tomografię komputerową - wspomina Eugeniusz. - W wieku 57 lat usłyszałem druzgocącą diagnozę - rak prostaty. W sierpniu przeszedłem operację prostaty. Niestety, rak zajmował oba płaty gruczołu krokowego, przechodził w obręb tkanek otaczających oraz naciekał gałązki nerwowe. Wiedziałem, że sprawa jest poważna, nawet jeszcze nim powiedziano mi, że w 10 stopniowej skali Gleasona mam 7 pkt. (Skala Gleasona to zalecany przez WHO system klasyfikacji raka gruczołu krokowego, czyli prostaty. Jest silnie skorelowana z rokowaniami dotyczącymi przeżycia. Im więcej punktów, tym szanse są mniejsze. Po operacji Eugeniuszowi zaordynowano radioterapię. - Jednak jakaś wewnętrzna siła podpowiadała mi, że jeśli chcę żyć, powinienem zrobić coś więcej. Poza tym wiedząc, jakie są skutki uboczne radioterapii, podświadomie chciałem oddalić jej termin. Eugeniusz nie raz już stawiał czoła ciężkim sytuacjom, dlatego i tym razem postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Zaczął szukać informacji w internecie, dosłownie pożerał książki o naturalnych metodach walki z rakiem. - Nie poprzestałem na czytaniu - opowiada. - Zrewolucjonizowałem swój sposób odżywiania. Zacząłem pić więcej wody. Ograniczyłem cukier i pszenicę. Ponadto wzbogaciłem dietę w przeciwutleniacze. W tym samym czasie usłyszałem o vidatoxie z Kuby. Wyciąg z jadu skorpiona to brzmi groźnie. Jednak gdy usłyszałem opinie innych osób, będących w podobnej sytuacji do mojej, zdecydowałem się na włączyć go do mojej terapii. Wszystko zaczęło się 200 lat temu na Kubie. Od wczesnych lat XIX w. w celach leczniczych stosowano tam jad tamtejszego skorpiona (Rhopalurus junceus). W 1991 roku doktor John Debin wraz z zespołem przeprowadził badania, które wykazały, że jad skorpiona z gatunku Leirus quinquestriatus ma właściwości przeciwnowo-tworowe i hamuje migrację glejaków. Willmar Schawbe w Farmakopei Homeopatii pisał również o podobnych efektach uzyskanych przy stosowaniu jadu skorpiona z gatunku Euscorpius italicus. Te dane zainspirowały naukowców z Labiofamu. Badaniu poddano myszy cierpiące na raka gruczołowego sutka. Okazało się, że podawanie gryzoniom ekstraktu z jadu skorpiona doustnie lub dootrzewnowo spowodowało znaczny spadek progresji nowotworu w zależności od dawki. U zwierząt z przerzutami do płuc przyjmowanie ekstraktu znacząco ograniczało występowanie i zmniejszało częstotliwość przerzutów do płuc. Przeprowadzone eksperymenty potwierdziły, że jad Rhopalurus junceus toksycznie wypływa na komórki nowotworowe pochodzenia nabłonkowego. Eugeniusz przyjmował Vidatox i co miesiąc regularnie kontrolował poziom PSA. - Ku zdziwieniu wszystkich cały czas utrzymywał się on poniżej 0,002 - wspomina. - To sprawiło, że wstrzymano decyzję o radioterapii. W kwietniu 2014 r., w 8 miesięcy po operacji zlecono mu wykonanie badania tomograficznego pod kątem nawrotu nowotworu i ewentualnych przerzutów. - Gdy lekarze zobaczyli wynik, oniemieli! Nie stwierdzono cech adenopatii ani zmian meta w kościach - śmieje się Eugeniusz. Badania przeprowadzone wśród 174 pacjentów obu płci z rakiem piersi, rakiem płuca i rakiem stercza wykazały wspomagające działanie preparatu Vidatox. 96% leczonych pacjentów cechował wskaźnik przeżycia powyżej 12 miesięcy, u 90% odnotowano istotną poprawę kliniczną, zaś w 62% przypadków nasilenie dolegliwości bólowych zmniejszyło się do poziomu umiarkowanego, bez potrzeby stosowania leków przeciwbólowych. Pozostałych 27% badanych osób w ogóle nie odczuwało bólu. Żaden uczestnik nie zgłaszał działań niepożądanych związanych ze stosowanym leczeniem. Homeopathic VIDATOX® to homeopatyczny środek bioleczniczy, w którym substancję czynną stanowi jad skorpiona z gatunku Rhopalurus junceus. Jego stosowanie ani nie wyklucza, ani nie ogranicza innych zastosowań w konwencjonalnej terapii nowotworów; skądinąd, jednoczesne stosowanie jadu z innymi lekami przeciwnowotworowymi może prowadzić do synergii lub wzmocnienia skuteczności konwencjonalnych preparatów przeciwnowotworowych. Przeprowadzono badanie retrospektywne i opisowe z udziałem131 pacjentów obu płci w celu oceny skuteczności wyciągu z jadu skorpiona u osób chorych na raka płuc, gruczołu krokowego, jelita grubego i żołądka. W pierwszej grupie stosowano leczenie typowe ze wskazań onkologicznych połączone z podawaniem Vidatox® 30 CH. W drugiej grupie podawano jedynie Vidatox® 30 CH. Badacze oceniali intensywność i częstość występowania dolegliwości bólowych, przeżywalność oraz objawy kliniczne co 7, 12, 18 i 24 miesięcy od rozpoczęcia badania. Wykazały one, że wyciąg z jadu skorpiona ma działanie przeciwbólowe, zwiększa przeżycie do ponad 25 miesięcy oraz zmniejsza występowanie objawów klinicznych. Połączenie jadu z konwencjonalnymi lekami przeciwnowotworowymi (Cyklofosfamid, 5-Fluorouracyl, Cisplatyna) podlegało ocenie w linii komórek guza płuc człowieka i w modelach in vivo. Obecność jadu skorpiona wraz z lekami przeciwnowotworowymi czyni możliwym to, że przy niższych dawkach i krótszych cyklach podawania leków przeciwnowotworowych osiągane są znacznie wyższe wartości wskaźników zahamowania wzrostu guza w porównaniu do leczenia nieskojarzonego. Dodatkowo, jad skorpiona jest w stanie działać z tymi lekami synergistycznie, co nasila pożądany skutek terapeutyczny. Przeprowadzono też badanie na temat stosowania preparatu VIDATOX® 30 CH, w ramach którego oceniano skuteczność i bezpieczeństwo przyjmowania roztworu jadu skorpiona Rhopalurus junceus (VIDATOX® 30 CH). Do badania włączono 114 pacjentów z rozpoznanymi nowotworami w zaawansowanym stadium, potwierdzonymi histopatologicznie, pochodzących ze szpitali lub uznanych ośrodków onkologicznych w różnych krajach na świecie (którzy zostali przeniesieni docelowo do ośrodka zdrowia LABIOFAM między lipcem 2010 a wrześniem 2011). Uzyskane wyniki pokazują, że korzystne zmiany kliniczne odnotowano u 74,6% badanych osób, którzy przyjmowali VIDATOX® 30 CH. Co więcej, znaczącej poprawie uległa jakość życia uczestników badania. Najlepszą odpowiedź terapeutyczną uzyskano wtedy, gdy VIDATOX® 30 CH stosowano 3 razy na dobę. Nie zgłaszano żadnych zdarzeń niepożądanych. Na XXXI Międzynarodowych Targach EXPOCOMER 2013. Oferta eksportowa Labiofam spotkała się z ogromnym zainteresowaniem wśród gości. Dużą uwagę przykuła linia produktów naturalnych i preparatu homeopatycznego Vidatox® 30CH. Nawiązano przy tym kontakty biznesowe z ponad 50 przedsiębiorcami. Podczas Targów Labiofam urządził specjalną wystawę poświęconą właściwościom preparatu homeopatycznego Vidatox® 30CH i jego korzystnemu wpływowi na zdrowie człowieka i wyraźną poprawę jakości jego życia, co został wcześniej zbadane i potwierdzone naukowo. Podczas Dnia Kubańskiego 2013 dystrybuowano egzemplarz pisma Biznes na Kubie, w którym ukazał się specjalny reportaż publicystyczny, dotyczący badań klinicznych nad preparatem homeopatycznym Vidatox® 30CH, połączony z wywiadem z Panią dr Marielą Guevara García, dyrektorem Działu Badań Klinicznych Labiofam. Dyrektor firmy do badań i rozwoju, Isbel González, wyjaśniła, że Vidatox jest preparatem homeopatycznym wykonanym z pięciu białek peptydowych o niskiej masie cząsteczkowej pochodzących z jadu skorpiona, i który wykazał "działanie przeciwbólowe, przeciwzapalne i przeciwnowotworowe efekt w ponad 15 różnych liniach komórek nowotworowych". Według González, Vidatox został przetestowany na ponad pacjentów z rakiem, około 3500 z nich cudzoziemców, i pokazuje, "pozytywne rezultaty”, począwszy od "poprawy jakości życia” na "spowolnienie wzrostu nowotworu”. Vidatox jest wynikiem 15 lat badań i jest produkowany na Kubie. Zyskał dużą popularność w wielu krajach, między innymi we Włoszech. Więcej informacji: kontakt pod numerem tel. 515370674
W połowie czerwca zacząłem czuć bardzo silny ból w lewym boku. Środki przeciwbólowe niezbyt pomagały. Ból łagodziła jedynie no-spa, a i to w niewielkim stopniu. Dopiero zastrzyk z no-spy złagodził ból. Pomagało też nagrzewanie bolącego boku elektryczną poduszką. Udałem się do szpitala, gdzie urolog zrobił mi USG i uznał, że najprawdopodobniej ból był spowodowany schodzącym drogami moczowymi kamieniem. Uspokoiło mnie to. Ponieważ rzeczywiście ból nieznacznie zelżał, a ja miałem zaplanowany razem z przyjaciółmi urlop w Bułgarii, za zgodą lekarza zdecydowałem się nie rezygnować z urlopu. Zaopatrzony w środki przeciwbólowe i rozkurczowe wyruszyłem z przyjaciółmi. Niestety już w Serbii poczułem, że ból wrócił. Z ledwością dojechałem do motelu, w którym znaleźliśmy nocleg. Ból mimo środków przeciwbólowych i rozkurczowych narastał. Przyjaciele wezwali pogotowie, które chciało mnie zabrać do szpitala. Nie zgodziłem się, gdyż byłem jedynym kierowcą z wystarczającym doświadczeniem, aby dojechać busem do Bułgarii, oraz nie znając serbskiego, miałbym znaczne problemy z komunikacją w serbskim szpitalu. Lekarze dali mi zastrzyki przeciwbólowe, które pozwoliły mi zasnąć. W nocy zastanawiałem się, jak silny musi być ból nowotworowy, skoro ten, który ja czułem wydawał się nie do zniesienia i wywoływał krzyk. Wówczas jeszcze się nawet nie domyślałem, że to właśnie był ból nowotworowy. Rano wyruszyliśmy w dalszą podróż. Ból ledwo stłumiony nie mijał. Nafaszerowany środkami przeciwbólowymi dowiozłem przyjaciół do hotelu nad bułgarskim morzem. W nocy ból wrócił z całą siłą. Aby przetrwać noc położyłem się pod prysznicem, na boku położyłem ręcznik, którego był cały czas gorący od wody, która na niego leciała. Pod odkręconym gorącym prysznicem spędziłem całą noc. Tej nocy dostałem krwotoku z dróg moczowych. Myślałem, że to zszedł kolejny kamień. Rano wezwałem lekarza. Lekarz wykonał badania, dał mi jakiś zastrzyk, który bardzo szybko podziałał. Niestety nie wiem jaki, a następnie przepisał antybiotyk. Leki, które mi dał uśmierzyły ból do tego stopnia, że kolejnego dnia mogłem skorzystać z dobrodziejstw słońca. Z każdym dniem było co raz lepiej. Dlaczego? Nie mogę mieć pewności, ale wiedza którą zdobyłem w międzyczasie pozwala mi na domysł, że było to działanie słońca, które wytwarzało w moim organizmie witaminę D3 powodując takie nasycenie, że nowotwór się wyciszył. Po powrocie do Polski czułem się zdrowy. Nic mi nie dolegało. Nie czułem żadnego bólu. Cieszyłem się, że kamienie zeszły. Niestety byłem w błędzie, ale na szczęście mimo, że czułem się dobrze, nie zbagatelizowałem mojego stanu i poprosiłem lekarza pierwszego kontaktu o skierowanie na USG, aby sprawdzić czy nie ma kolejnych kamieni. Przekonany, że to tylko profilaktyczne badanie cierpliwie czekałem do września na wyznaczony termin. Idąc na badanie zażartowałem, że wykryją u mnie raka. Niestety żart okazał się prawdą! Patrząc na twarz Pani Doktor wykonującej badanie wyczułem, że coś jest nie tak. Po badaniu usłyszałem wyrok: ma pan 8 cm guz na lewej nerce. Pani Doktor pełna empatii i życzliwości wykorzystując swoje prywatne kontakty umówiła mnie już na następny dzień z onkologiem. Nie pamiętam jak się nazywała, ale to był prawdziwy lekarz z powołania wyczulony na ludzkie cierpienie i dokładający wszelkich starań, aby pomóc. Jednakże przed umówioną na popołudnie wizytą u onkologa, musiałem zdobyć skierowanie. Mimo późnej pory zadzwoniłem do mojego lekarza pierwszego kontaktu i powiedziałem mu o wyniku badania USG. On również okazał się lekarzem z powołania otwartym na chorego człowieka. Kazał przyjść mi rano jeszcze przed otwarciem poradni. Przyszedł dla mnie wcześniej do pracy i wypisał mi nie tylko skierowanie do onkologa, ale również kartę DILO (kartę szybkiej ścieżki badań onkologicznych). Wówczas wydawało mi się to naturalne. Dopiero po kilku miesiącach od innych pacjentów chorych na raka dowiedziałem się, że wielu lekarzy nie chce, albo wręcz odmawia chorym wypisania karty DILO. Ja miałem to szczęście, że mimo iż korzystałem z pomocy lekarzy w ramach NFZ trafiłem na takich, którzy mimo, że mnie nie znali (z wyjątkiem lekarza pierwszego kontaktu, gdyż byłem jego pacjentem od wielu lat), mieli otwarte serca. Bowiem również onkolog przyjął mnie już następnego dnia mimo iż miał wyczerpane limity. Tak zaczęła się moja walka z rakiem, która trwa do dziś. Ks. Dariusz Lik
moja walka z rakiem